Ostatni tydzień upłynął u mnie pod znakiem Nikona, którego stałem się właśnie właścicielem. Nie zastąpił poprzedniego aparatu, ale stał się dopełnieniem mojego fotograficznego zakątka. Mówię tu o Fisheye’u 2, analogowym aparacie spod znaku Lomography.
Czym jest lomografia nie będę się rozpisywał, mnóstwo informacji znajdziecie na oficjalnej stronie Polskiej Ambasady Lomografii. W skrócie jest to nietypowy nurt fotografii analogowej, związany ze starymi aparatami produkcji radzieckiej, charakteryzujący się m.in. zakłamaniem kolorów.

Jak łatwo zauważyć moje dwa aparaty należą do całkiem innych światów. Zacząłem się wczoraj zastanawiać, czy z “cyfry” również da się wykrzesać odrobinę lomograficznej magii, a łącznikiem miał się stać Lomography Ringflash. Z podłączeniem lampy nie było najmniejszych problemów. Co prawda okazała się ciut za wąska jak na mój obiektyw (co zresztą da się zauważyć na zdjęciach), ale trzymanie jej nie było kłopotem.
Podczas pstrykania zdjęć starałem się kierować Złotymi zasadami lomografii, takimi jak “strzelanie” z biodra (i co z tego wynika nie patrzenia w obiektyw), nie kierowania się konwencjami tradycyjnej fotografii i przede wszystkim “nie myślenia” :). Nie były one również obrabiane w żaden sposób, zostały zaprezentowane jak je “Pan Nikon stworzył”. Po zdjęciach doszedłem do wniosku, że brakuje w nich filmowego ziarna i mogłem zwiększyć ISO, ale… przecież miałem nie myśleć!
Jestem pewny, że ktoś z lomograficznego świata nazwie to herezją, chyba sam byłbym zdolny do tego. Ale dlaczego mamy siebie ograniczać, kiedy kieruje nami ciekawość. Chyba na tym polega sens fotografii, prawda?
Mimo wszystko czego byśmy nie wymyślili – fotografia cyfrowa nie zastąpi analogowej, przede wszystkim tej ciekawości, gdy czekamy na dokończenie i wywołanie kliszy, by w końcu dowiedzieć się, że połowa zdjęć jest prześwietlona, a druga połowa całkiem czarna ;)
Na koniec dodam, że jedna klisza jest aktualnie w toku i na pewno ujrzy światło dzienne na tym blogu.













kmh mówi: 3 stycznia 2010 o 13:28
Ależ oczywiście, że ciekawość jest obecna w fotografii cyfrowej – wystarczy robić zdjęcie aparatem z popsutym wyświetlaczem. Wraca się do domu i ma mnóstwo niespodzianek. Westchnienie.
:)